- Ja się wykończę
- jęknął żałośnie Feliks. Umrę. Zginę śmiercią marną
Totalnie na śmierć umrę.
- Przesadzasz odparła spokojnie Erzsébet. Rozejrzała się przy tym dyskretnie, z nadzieją, że polskie narzekania nie ściągnęły na nich nieproszonej uwagi. Szczęśliwie, kawiarniany ogródek pozostawał pusty.
- Nic nie przesadzam ciągnął Feliks głosem męczennika. Umrę, zginę, w proch się obrócę! I nic po mnie nie zostanie! Tylko tabliczka z napisem: Tu spoczął Polska nareszcie. Niech mu ziemia lekką będzie."
- Marne epitafium Erzsébet spojrzała na przyjaciela, który niemalże już leżał na niedużym stoliku, oparłszy czoło na dłoniach.
- Bo marnie sczeznę. Acha, i na pogrzebie chcę dostać żółte kwiaty. Rozumiesz? Nie białe, nie czerwone, i broń cię Panie Boże różowe! Żółte, albo wrócę i będę was straszył. Dziękuję dodał, gdy kelner postawił przed nim zamówienie.
Węgry oparła podbródek na dłoni, kryjąc krzywy uśmieszek.
- I wszyscy pomrzemy ze strachu.
- Ej! Polska poderwał głowę ze stołu i spojrzał na przyjaciółkę. Śmiała się. Widział to w jej oczach. Jego własne próbowały za to wyglądać groźnie. Zaniechały jednak, gdy ich właściciel westchnął.
- Czy ja naprawdę muszę robić za kozła ofiarnego? spytał retorycznie. Sięgnął po długą łyżkę i zanurzył ją w gęstej, różowawo-pomarańczowej zawartości wysokiej szklanki. Albo i gorzej ciągnął. Szef ze mną w kulki leci, dasz ty wiarę? Mój własny i osobisty szef! A cała reszta to się z nim chyba ściga. A teraz jeszcze mam robić za ojca.
- Nie teraz. Dopiero za półtora roku Erzsébet beznamiętnie mieszała kawę. Ciekawe, po co, zastanowił się Feliks, skoro ona i tak nie sypie tam cukru.
- Przeleci jak w mordę strzelił
Znaczy, z bicza poprawił się. Ale powiedz tak szczerze, Ela: czy ja wyglądam na niańkę?
- Ktoś by powiedział, że sam potrzebujesz niańki.
- Ciekawe, kto mruknął Polska i oblizał łyżkę.
Niezły ten shake" przemknęło mu przez myśl.
- Znasz go przecież odparła Węgry.
- O, to na pewno. Co nie zmienia faktu, że za półtora roku Euforia będzie mi wołać: wujku. Rany, to dziecko mnie wykończy! wetknął łyżkę do szklanki i opadł na krzesło. Zginę, umrę, albo się zastrzelę.
- Och nie. Nie przeżyłbym tego skomentował ktoś za jego plecami. Feliks odchylił głowę i ostentacyjnie parsknął. Kogo jak kogo, ale jego się akurat nie spodziewał.
- Proszę, proszę sarknął. Litwo, ojczyzno moja
Pytał cię kto?
- A ciebie ktoś prosił o komentarz? odciął się Toris.
- Mam prawo. Marudzę.
- Ty zawsze marudzisz. Wolne? zapytał, wskazując puste krzesło.
- Jasne odparła Erzsébet.
Litwa usiadł, przy akompaniamencie polskiego pomruku, który brzmiał jak coś podobnego do w sumie", i postawił przed sobą szklankę i butelkę Coli.
- Patrzcie go, jaka burżuazja Feliks łypnął na niego spode łba.
- Stać mnie, to piję wyszczerzył się bezczelnie Litwa.
- Tak w ogóle, to co tu robisz? spytała Węgry, ignorując jadowite właśnie" dochodzące mniej-więcej ze strony polskiej. - Jakaś specjalna okazja czy urlop?
- Po prostu weekend. No i tak coś czułem, że wpadnięcie tutaj będzie warte zachodu.
- Zachodu? syknął Feliks. To już nie masz gdzie wpadać?
- Szengen Toris pociągnął łyk ze swojej szklanki. Polska zacisnął szczęki, omal nie krusząc sobie zębów.
- Szengen-srengen wycedził i wpakował sobie do ust Bogu ducha winną łyżkę, by po chwili brutalnie utopić ją w różowo-pomarańczowej breji i pochłonąć raz jeszcze. Tym samym w kliku prostych ruchach pozbył się połowy zawartości szklanki.
Węgry westchnęła.
- Wracając do Eufemii
- Właśnie! Feliks z iście dziecinną łatwością zmienił przedmiot marudzenia. Ja skonam! Już konam na samą myśl.
Litwa zachichotał.
- Boisz się malutkiej Eufemii?
- Ja się boję? Ja?! Polska wyprostował się na krześle tak, że wydawał się teraz sporo wyższy od Litwy. Żartujesz! Liciek, ja na wojnie walczyłem! Ja się z rozbiorów zbierałem, ja Moskwę zdobyłem i Niemcy skopałem! Miecz nosiłem, szabelkę, a potem karabin! Powstania robiłem! To, i więcej, a ty pytasz, czy boję się dzieciaka?
- A boisz? Toris powtórzył zdecydowanie poważniejszym tonem.
- Liciek
- Feliks zawiesił teatralnie głos. Jestem totalnie przerażony
Opadł powrotem na krzesło i demonstracyjnie ukrył twarz w dłoniach.
- Ale czemu się boisz? Erzsébet upiła łyk kawy. Eufemia jest słodziutka, wygląda jak aniołek.
Polska spojrzał na przyjaciółkę spode łba.
- Tak, tyle, że ten aniołek" ma geny Francisa. Dość spojrzeć.
Jak na komendę w jego umyśle pojawił się obraz małej, na oko dziesięcioletniej dziewczynki w absolutnie uroczej różowej sukieneczce z mnóstwem falbanek i z niebieską wstążką wplecioną w falujące blond włosy (których odcień nieodparcie przywodził na myśl Francję) okalające śliczną twarzyczkę, na której przez większość czasu gościł zadziorny uśmieszek. Wspomnienie cudnej, niewinnej miniaturowej wersji Belgii o oczach błękitnych, jak wieść gminna niosła, niby francuskie niebo latem" sprawiło, że po plecach przebiegł mu lodowaty dreszcz.
Eufemia Euforia Tęte. Zjednoczona Europa. Zaskakujące połączenie francuskiego liberalizmu i belgijskiej czekolady. Potworność.
- Poza tym, jej charakterek... dodał jeszcze, nim przepuścił kolejny atak na szklankę z owocową zawartością.
- Jak Artura, co? wtrącił Litwa.
- Po części Feliks wzruszył ramionami. Strasznie się czepia, i to o głupoty.
- Masz na myśli normę na produkcję oscypków? zapytała Węgry.
- Nie tylko. Pamiętasz wymogi na ogórki?
- Odpowiednio prosty, w przeciwnym razie zostanie zielonym bananem powiedział Toris.
Cała trójka wymieniła uśmiechy.
- Puścić dziecko do władzy Feliks pokręcił głową. Seryjnie, jak moja Jadwiga została królem, to i tak rządził za nią ktoś inny. A teraz? Wychowanie bezstresowejego-mać, i dzieciak dyryguje bandą dorosłych. Zamiast robić coś pożytecznego, każe liczyć szczebelki na drabinach i zastanawia się, czy winniczek to ślimak czy ryba.
- Pociesz się powiedział Litwa Od teraz daniem popisowym Francisa będzie ryba, tak jak u nas, maluczkich, nad Bałtykiem.
- Rybko, rybko, pokaż rogi zachichotał Polska, a Węgry mu zawtórowała.
- Ale i tak nie sądzę, że ta opieka to powód do strachu dodał zaraz Toris.
- Tobie łatwo mówić sarknął Feliks. Będziesz wujkował dopiero w 2013, a znając twoje szczęście, wcześniej pierdyknie w nas koniec świata.
- Koniec? Litwa ściągną brwi w konsternacji. Ach tak, przecież rok wcześniej jest to twoje Euro. Właśnie, jak tam stadiony? zapytał z uśmieszkiem, który w żadnym razie nie wyglądał na serdeczny.
- Się budują mruknął Feliks. Ledwo złapał swoją szklankę, gdy stół nagle się zatrząsł razem z Torisem, który nie dał rady powstrzymać śmiechu.
- No i czego rechoczesz? warknął rozeźlony. Przecież nie kupię w Ikei i nie poskładam!
- A dlaczego nie? Litwa przetarł mokre od łez oczy, wciąż dusząc się ze śmiechu. - W końcu masz doświadczenie w skręcaniu mebli. Zaraz, na co ty ostatnio bluzgałeś? Na krzesła?
- Stawiały czynny opór!
- A moja komoda rok temu też stawiała opór? wtrąciła Erzsébet. Feluś uparł się, że pomoże mi skręcić komodę wyjaśniła Torisowi. Dwa razy wyszło łóżko a raz stół.
- Szkoda, że nie meblościanka, bo uznałbym, że masz talent Litwa spojrzał na Polskę przez palce i znów zarechotał, a Feliks poczuł przemożną chęć sprawdzenia, czy jego pięść wpasuje się między torisowe szczęki.
- Oczywiście, że Feluś ma talent! Erzsébet rozczochrała Polsce włosy.
- Ej! skwitował, obrażony.
- Ale to prawda powiedziała. Uważam, że jesteś zdolny.
- I to do wszystkiego dodał wciąż rozbawiony Litwa. Jak przystało na polskiego fachowca.
Feliks parsknął, opróżnił do końca szklankę i wytarł usta serwetką ozdobioną jakimś pokracznym wzorem, który w założeniu miał chyba przypominać kwiatki.
- Śmiej się, śmiej powiedział. Jak kładłem Arturowi panele, to też się śmiał, a potem odszczekał. Poza tym, może jeszcze nie mam stadionów, ale mam Euro, a ty nie.
- Dziur w drogach też nie mam, i jakoś żyję odciął się Toris.
- Już niedługo Feliks mrugnął do niego złośliwie. Potatusiujesz Euforii i zaraz będziesz miał różowe mebelki i zasłony z falbankami, oczywiście spełniające normy. A jak ci się poszczęści, to mała jeszcze uzna Litwinów za gatunek zagrożony i przyzna wam dotacje na rozmnażanie.
- I podniesie ceny na pieluchy wtrąciła Erzsébet.
- I będzie towar luksusowy. Normalnie, jak za PRL Polska uśmiechnął się w zaskakująco melancholijny sposób.
Toris westchnął ciężko i złożył łokcie na kawiarnianym stoliku.
- Dobra, ale o co chodzi z tymi oscypkami?
Feliks pokręcił głową, jakby właśnie usłyszał coś równie wiarygodnego jak wieść o lądowaniu Ufo w centrum Wąchocka.
- Bracie, totalny kanał. Chciała, żebym je taśmowo produkował, w sterylnych warunkach! Czaisz? Kurna, dotknąć się brzydzi? A czy ja ją w ogóle częstuję?!
- Prędzej Francis boi się, żeby jego córcia się nie otruła stwierdził rzeczowo Toris.
- Córcia, którą od małego pasie ślimakami, żabami i czort wiem czym jeszcze, więc raczej nic jej nie zaszkodzi. Poza tym, moi ludzie tyle lat to jedzą i jakoś żyją.
- Bez obrazy dla twojej kuchni, Węgry z typowym dla siebie wdziękiem przerwała feliksową tyradę ale podobno właśnie Francis powiedział, że Polacy jedzą zepsute jedzenie.
- A on je coś, co przedtem po błocie pełzało, i co z tego? A od oscypków niech się lepiej odczepi, bo nie ręczę. Jego córcia już uznała marchewkę za owoc. Tylko czekam, co dalej. Dopisze do owoców biedronkę a do warzyw gruszkę? A wódkę pozwoli pędzić z jagód?
- Już i tak za dużo bimbru podchodzi pod wódkę mruknął Toris.
- Właśnie. Dobrze, że Wania nie wszedł do tego cyrku, bo by się na serce wykończył.
- Dodaj jeszcze ten tak zwany język neutralny płciowo Węgry bawiła się od niechcenia łyżeczką do kawy.
- I instrukcję mycia rąk dorzucił Polska.
Litwa potarł podbródek w zamyśleniu.
- No, to akurat jest przydatne stwierdził.
- W publicznych toaletach? powątpiewał Feliks. Co nas dalej czeka? Normy dotyczące noszenia czapek? Że niby daszkiem tylko do przodu?
- Ustalenie dziennej ilości kroków? zaproponował Toris.
Erzsébet uśmiechnęła się, jakby właśnie usłyszała niezły dowcip.
- Może Eufemia wybierze nam stroje oficjalne?
- Nie kracz! spanikował Feliks. Chcesz latać w różu i cekinach?
- I to publicznie? wzdrygnął się Toris.
Polska potrząsnął głową, chcąc odpędzić nieprzyjemną wizję błyszczącego stroju w stylu kiczowatej dyskoteki. Węgry westchnęła przeciągle i wstała.
- Wydaje mi się, że przesadzacie stwierdziła poważnym tonem. Eufemia nie jest zła. To urocza dziewczynka, która po prostu nie ma pojęcia o świecie. Cały czas się uczy, nic więcej. Przepraszam na chwilę. Z tymi słowami przecisnęła się obok Litwy i zniknęła we wnętrzu kawiarni. Polska podążył za nią wzrokiem. Pewnie poszła do toalety czy coś...
Przygryzł wargę i spojrzał na Torisa, który najwyraźniej wciąż trawił ostatnie słowa Erzsébet. A przynajmniej na to wskazywała jego mina.
- Ona chyba za bardzo się cieszy na to przewodnictwo zagaił wreszcie Feliks, przerywając nieprzyjemnie ciężką ciszę.
Litwa wzruszył ramionami.
- No wiesz, w końcu jest kobietą. Może odezwał się jej instynkt macierzyński?
- Jeśli tak, to tym bardziej zginę Polska oparł czoło na dłoniach w geście rezygnacji. Całe pół roku z mini Elką spłodzoną przez Francisa. Totalnie umrę na śmierć
Toris bawił się przez chwilę resztką coli pozostałą na dnie szklanki. Naraz podniósł wzrok, jak gdyby przypomniał sobie o pewnym szczególe, który mu wcześniej jakimś cudem umknął.
- Zaraz, to kiedy panna Węgry opiekuje się Eufemią?
- Pół roku przede mną odparł Feliks grobowym tonem.
Litwa zamilkł. Przez moment otwierał i zamykał usta, jakby nie mógł znaleźć odpowiednich słów na podsumowanie tej prostej, krótkiej informacji.
- To jakie chcesz kwiaty? zapytał w końcu.
- Żółte, ojczyzno moja. Żółte.
A skoro już po naszej prezydencji... Przychodzi mi na myśl tylko to, że próbowaliśmy jakoś zaszaleć z naszą kuchnią w Unii i pewne wystąpienie angielskiego posła (ciągle zapominam jego nazwiska...) na wstępie do naszej prezydencji, który zjechał całą UE
Więc jak widać szary człowieczek (czyt ja) mało wywnioskował z tego okresu, co można uznać, że Felek albo był bardzo zaabsorbowany i nie miał czasu aby zrobić za dużo bo mu owa Eufemia żyć nie dawała albo po prostu mu się nie chciało
A dialogi nie wypadły sztucznie
Nasza prezydencja jakoś przeleciała bez fanfar. A logo było straszne.
Raczej stawiam na to, że mu się nie chciało - bo to takie polskie.
Dziękuję : )
Tak, to polskie, odbębnić, zapomnieć i najlepiej zapić!
Nie wiem jak będzie z dalszym pisaniem. W każdym razie... dziękuję jeszcze raz.