Litwo! Ojczyzno moja! Ty jesteś jak zdrowie!
Krzyczał wzniośle Polska. Litwa śmiał się w rowie
Poniżej pagórka, na łączce zielonej,
Zewsząd malowniczym lasem polskim otoczonej.
Tegoż dnia pięknego, po rannym bigosie,
Spojrzał Feliks na Torisa, lecz ten był nie w sosie.
Spokojny, zamyślony, w obrus się wpatrywał.
Siedział tak i milczał. Nic nie okazywał.
Ściągnął brwi nasz Polska. To już raz kolejny,
Gdy tak Liciek siedzi, milcząc jak najęty
Podsumował Feliks, poirytowany.
A przecież się starał i chciał dobrze. Rany!
Mógłby się załamać, lecz tu nagle pomysł
Mu zaświtał. Tak? No to zobaczysz, Toris
Uśmiechnął się w rękaw. Teraz się wykaże.
Chodź rzekł do Litwy. Totalnie coś ci pokażę.
Chciał odmówić Toris, lecz nie miał wyboru.
I po chwili Polska ciągnął go do boru.
Ścieżynką, daleko, pomiędzy drzewami,
Co miały ich chronić przed wścibskimi oczami.
Czekaj! krzyknął Litwa. Gdzie ty mnie prowadzisz?
Patrz pod nogi, Liciek, bo mi się wywalisz
Ostrzegł grzecznie Feliks, lecz nie zwolnił kroku.
Ciągnął Torisa lasem, prawie jak w amoku.
Wreszcie las się skończył. Litwa zmrużył oczy,
Ciekaw, czym tym razem Polska go zaskoczy.
I cóż ujrzał? Łąkę piękna i zieloną.
Barwnie, wiosennie i hojnie okwieconą.
Na jej środku górka. Polska Litwę puścił,
Kazał siąść na trawie i czekać, aż wróci.
Sam poszedł się wspinać. Dyszał on i sapał,
Ale koniec końców, na jej szczyt się wdrapał.
Zerknął w dół, na Litwę. Ten lekko zdziwiony.
Chociaż, kto go tam wie? Może przestraszony?
Ale to normalne, Feliks podsumował.
Choć sam czasem myślał, gdzie on się uchował?
Wziął głęboki oddech, spojrzał dumnie w niebo.
No, Liciek pomyślał. Teraz patrz, kolego.
Pod pagórkiem Toris w mądrość Polski wątpi,
Lecz za nic nie przewidział tego, co nastapi.
Litwo! Ojczyzno moja! Totalnie jesteś jak zdrowie!
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto cię, jakby, stracił.
Toris jęknął. Wieszcza zmieniać? Kto mu tak doradził?!
Chyba jednak nikt, w tym był cały kłopot.
Inaczej niechybnie zebrałby już łomot.
A tymczasem Polska wczuwał się kompletnie.
Przy takim występie pantomima blednie!
Wyrzucał w górę ręce, na kolana padał,
Gdy tak wierszem sobie a tym muzom gadał.
Zachichotał Litwa. Nawet to zabawne
Stwierdził. Prawie jakby jakieś przedstawienie dawne.
Lecz prawie to różnica: Polska aż przesadnie
Wykrzykiwał wersy. Chociaż coraz składniej.
I wciąż i od nowa, a Toris w ubawie
Nie mógł już usiedzieć i tarzał się po trawie.
Ujrzawszy to Feliks począł schodzić z górki
(Z nadzieją, że z wchodzenia nie będzie powtórki).
Podszedł do Torisa, przykląkł koło niego,
I szturchnął go w żebra. Udusisz się, kolego!
Wtenczas gdzieś z zarośli, na skraju polany,
Niby peryskop Kurska, zakamuflowany,
Wynurzył się ON: długi, z metalu odlany
Jeden jedyny Skarb Narodu wybrany.
Rozejrzał się bacznie, po czym zniknął cicho.
Kto wie, jakie przyszło za nim licho
Jakie by nie było, czaiło się blisko,
A jego czujne ucho usłyszało wszystko.
Lub tak też sądziło, bowiem tutaj echo
Z tego słynęło, że nie niosło daleko
Wieści wykrzyczanych. A część obcinało,
Żeby nie daj Boże zrozumieć się dało.
Złapał oddech Litwa. Feliks, co to było?
Przecież książkę z półki wziąć by wystarczyło!
Westchnął Polska. Tak jakby, pytanie to głupie.
Ale mów co chcesz, Liciek. Ja i tak cię lubię.
Toris sapnął. Naprawdę? Czy to jakieś żarty?
Na to Feliks postanowił odkryć wszystkie karty.
Pochylił się nad nim, popatrzył mu w oczy,
Gotów włożyć w tę chwilę wszystko, co w jego mocy.
Wtem krzak zaszeleścił. Z niego, jak zwiastun burzy,
Metalowy peryskop cenny się wynurzył.
Za nim wyszedł Towarzysz nie wiewiórka żadna.
Potężny, w dłoni trzymał wpół zwiędłego kwiatka.
Stężał Feliks. Co robić? pomyślał. To straszne!
Czy on aby wojny kolejnej nie zacznie?
Toris wystraszony za Felka się schował.
Może uwadze Rosji jakoś umknąć zdołał?
A Ivan poprawił swój szal beżowiutki,
Z uśmiechem wyciągnął pełną flaszkę wódki.
Litwo! rzekł. Prowincjo moja! Pije twoje zdrowie!
Reszty nie pamiętam, niech kto inny powie!
Z tej powiastki mamy morał, jeden a nie trzy:
Chcesz podsłuchać? To dokładnie, bo narobisz wsi!